czwartek, 16 stycznia 2014

Cztery pory roku

Trzeci z serii biegów GP Łodzi odbył się przy niemal każdej możliwej o tej porze roku pogodzie. Mieliśmy więc piękne słońce, rzęsisty deszcz, śnieg a nawet grad. Jeśli dodamy do tego błoto po kostki wyjdzie nam całkiem hardcore'owa mieszanka.


Biegło się kiepsko. Miejscami błoto było tak duże, że ludzie się ślizgali, przewracali a wszyscy bez wyjątku docierali do mety upaćkani przynajmniej do kolan. Ja mając na nogach stuptuty postanowiłam zaryzykować i nie stać w kolejce do przedzierania się gęsiego przez mniej rozmiękłe rejony i śmiało ruszyłam przez środek błotnego bajora. Pomysł okazał się średnio trafiony, bo o ile stuptuty ochroniły mnie przed wlaniem się błota górą, to nie miały żadnego wpływu na to, że woda wlała się przodem a wzorki z błota miałam do połowy ud.

 

fot. Ineska - RunningSuks.pl

Czas bardzo kiepski ale od początku źle rozłożyłam siły. Jednak po rekord nie leciałam. Tym razem, jak nigdy, podeszłam do sprawy zupełnie nieambitnie. Chciałam po prostu dobiec do mety. Tym razem liczyło się uczestnictwo bo bieg odbył się pod egidą Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy (Policz się z cukrzycą) a jest to wydarzenie, które zawsze ogromnie mnie wzrusza i które co roku staram się wspierać. Co prawda Warszawa w ramach biegu zapewniła tylko symboliczną ilość okolicznościowych medali i koszulek, ale organizatorzy postąpili bardzo w porządku nie dając ich pierwszym na mecie, ale rozlosowując wśród wszystkich uczestników. 
I zgadnijcie co? Wylosowałam medal! Jest przepiękny i jestem z niego niesamowicie dumna. Będzie to z pewnością jedna z moich najcenniejszych biegowych pamiątek.


fot. Straż Miejska w Łodzi







środa, 1 stycznia 2014

Urodzinowy Bieg Sylwestrowy

31 grudnia 2012 postanowiłam rozpocząć swoją przygodę z bieganiem. Początki do łatwych nie należały. Pierwszy bieg w liczbach wyglądał tak:

Dystans: 3,25 km
Czas trwania: 23:53 min
Średnie tempo: 7:20 min/km
Test Coopera 1,75 km

Od tego czasu upłynęło wiele wody, wzbogaciłam się o zupełnie nowe doświadczenia i całkiem sporą kolekcję biegowych ciuchów :) Pokonałam niejedną granicę, która wydawała mi się nie do pokonania i przełamałam wiele ze swoich ograniczeń. I choć przez cały ostatni rok aż 3 miesiące nie biegałam ze względu na kontuzję, to zdecydowanie mam z czego być dumna i co świętować. Mimo chwil zniechęcenia, braku czasu i zwykłego zmęczenia codziennością, wytrwałam. 

Wczoraj, w pierwszą rocznicę tego pamiętnego, pierwszego biegu wystartowałam w Biegu Sylwestrowym, który miał być uhonorowaniem ostatnich 12 miesięcy treningów i pierwszymi zawodami na 10 kilometrów, na jakie się odważyłam.

Niewiele brakowało, a dałabym za wygraną. Tydzień przed zawodami paskudnie naciągnęłam sobie dwugłowy uda. Tak bardzo, że z trudem chodziłam. Postanowiłam więc odpuścić treningi dopóki ból nie przejdzie. Niestety powrót do formy szedł na tyle opornie, że o starcie zdecydowałam w sumie w ostatniej chwili wiedząc, że noga nie jest w pełni sprawna i cała impreza może się źle skończyć. Ale bardzo chciałam wystartować, po raz ostatni w tym roku udowodnić sobie że potrafię, że dam radę i uda mi się przełamać strach przez dystansem 10 km. No i było to idealne zakończenie tego pierwszego, biegowego roku.

Stawiłam się więc na starcie razem z ponad 900 innych zawodników, w tym moim biegowym przewodnikiem Kubą, który kilka razy towarzyszył mi w zmaganiach z dystansem 10 km po lesie, z których najlepszy wynik osiągnęłam 3 listopada -  1g:06m:11s. Na moje szczęście on również miał nieco problemów z nogą więc postanowił i tym razem mi towarzyszyć i dopingować do samej mety.

Bieg rozpoczął się punktualnie o 11.30. Pierwszy kilometr był zarazem najwolniejszym ze względu na straszny tłok. Właściwie dopiero w okolicach 3 km udało nam się wydostać z tłumu żeby biec własnym tempem, bez konieczności przepychania się do przodu.
Trasa jak dla mnie trudna. Las, bardzo długie odcinki pod górę i prawie 2 km ze słońcem świecącym prosto w oczy. Było ciężko, ale pierwsza 5 km pętla jakoś poszła, choć pod koniec zostaliśmy elegancko zdublowani przez zwycięzcę biegu, notabene bardzo sympatycznego i uśmiechniętego Tomka Osmulskiego.
Drugie okrążenie wspominam jako znacznie cięższe, choć ze wskazań Garmina wynika, że było zdecydowanie szybsze. Prawdopodobnie to kwestia brak tłoku i znajomości trasy. Wiedziałam gdzie mogę przyspieszyć, a gdzie odpuścić i ile jeszcze przede mną. Cieszę się, że umiałam dobrze rozłożyć siły, bo choć był to mój pierwszy raz, kiedy przebiegłam 10 km bez zatrzymania, zostało mi jeszcze dość sił żeby przyspieszyć na finiszu.


Stając na starcie miałam nadzieję zmieścić się w 1g:10m a nieśmiało liczyłam na pobicie choć o minutę swojego rekordu, czyli wynik w okolicach 1g:05m. Jakież było moje zaskoczenie, gdy chwilę po przekroczeniu mety otrzymałam smsa z nieoficjalnym wynikiem.... 57m:46s! Kolejną niespodzianką był medal, mój pierwszy, prawdziwy medal. Pełnia szczęścia!



A jak wyglądał ten rok w liczbach?
Mój pierwszy dystans 3,25 km pokonałam w czasie  23m:53s. Obecnie najdłuższy przebiegnięty jednorazowo dystans to 10,90 km w czasie 1g:13m:25s.
Najszybszy kilometr pierwszego biegu wynosił 6m:47s. Obecnie jest to 5m:01s.
Test Coopera sprzed roku pokazał 1,75 km, w tej chwili 2,21 km.
Pierwszą "piątkę" pokonałam w czasie 37m:15s. Mój obecny rekord to 27m:49s, czyli niemal 10 minut różnicy! Najszybsza dycha to 57m:46s.
W 2013 pokonałam łącznie 412,81 km w trakcie 91 biegów zrealizowanych przez 9 miesięcy realnego biegania. 

W Nowym Roku, życzyłabym sobie przebiegnięcia 1000 km, zejścia na 5 km do 25 minut i 50 minut na 10 km. Wyzwanie duże ale nie zawsze trzeba złapać króliczka, prawda?

A Wam wszystkim życzę spełnienia Waszych biegowych założeń, a oprócz tego dużo zdrowia, energii i sił do pokonywania swoich własnych granic :)

niedziela, 1 grudnia 2013

GP Łodzi - bieg I

Zimowe Grand Prix Łodzi to cykl 6 imprez biegowych (plus marsz Nordic Walking) rozgrywanych od listopada 2013 do marca 2014 na trasie 5 km, w jednym z łódzkich parków. Pierwszy bieg zgromadził ok 70 amatorów marszu z kijami i ponad 250 biegaczy. Pogoda od samego rana nie rozpieszczała – zimno, mgliście i mokro. 

Po ostatniej imprezie, która rozpoczęła się z półgodzinną obsuwą, postanowiłam stawić się w biurze zawodów pół godziny przed zamknięciem, co by nie przedeptywać nerwowo w kolejce, zastanawiając się, czy zdążę się rozgrzać przed startem. Niepotrzebnie.
Na miejscu byłam ok 11. Akurat prowadzona była rozgrzewka dla nordiców. Zaczęłam więc wypatrywać sąsiada, który miał wystartować w marszu. Nie udało mi się go wyłowić z tłumu zgromadzonego w pobliżu startu, za to bystre oko jego żony wyłowiło mnie. Sąsiad znalazł się zresztą tuż za żoną nieśmiało wyginając się z drugiej strony płotu.
Zerkając w stronę biura zawodów stwierdziłam, że kolejka nie jest porażająca więc był jeszcze czas na chwilę pogaduszek. Wokół coraz więcej znajomych twarzy z Parkrunu. Stawiła się chyba większość stałych bywalców naszego biegu, głównie jako uczestnicy ale kilka osób jedynie kibicowało. Po paru minutach i ja zdecydowałam się odebrać numer startowy i chip, co ku mojemu zaskoczeniu trwało naprawdę chwilkę. Bardzo sprawna organizacja i mimo niewielkiej ilości przestrzeni do dyspozycji, widać było, że zawody organizuje profesjonalna firma. Wszystko poszło na tyle sprawnie, że zanim sąsiad wystartował w marszu, ja byłam już gotowa do biegu.


Nordic Walking wystartował punktualnie o 11.15. Siedemnastoletni zwycięzca, dwie 2,5 km pętle wykonał w zaledwie 30 minut…. Czyli niemal tyle ile mnie zajmuje ten dystans biegiem! Przyznam, że przeżyłam lekki szok. Nie sądziłam, że z kijami można tak szybko chodzić a w zdumienie wprawiła mnie również technika i ruchy, jakie wykonywali w czasie chodu ci najszybsi. Coś niesamowitego.
My kibicowaliśmy głównie sąsiadowi ale klaskaliśmy i dopingowaliśmy wszystkich. Trochę szkoda, że pozostali kibice uwagę skupiali prawie wyłącznie na „swoich” bo na pewno każdemu uczestnikowi miło jest usłyszeć parę zagrzewających do walki okrzyków czy braw. Najbardziej rozczulił mnie pan z tablicą „HELENA NA PODIUM”, który gdy rzeczona Helena przechodziła koło nas kończąc pierwsze okrążenie, wyciągnął białe, błyszczące pompony i niczym profesjonalna cheerleaderka, motywującymi okrzykami zagrzewał ją do boju. Niestety z tego co się zorientowałam, Helena na podium nie stanęła. Ale na pewno było jej miło :)

ttp://ddlodz.pl/grand-prix-lodzi-2014-w-biegach-przelajowych-i-nordic-walking-zdjecia/#!

Kibicowanie było fajne ale niestety ponad godzina stania na zimnie zrobiła swoje. O 12 poszłam zrzucić z siebie wierzchnie ciuchy i rozgrzać się przed startem ale chwila truchtu i trochę wymachów nogami nie pomogło na skostniałe palce u stóp. Nie było już jednak czasu na nic więcej bo biegacze zaczęli gromadzić się na starcie. Do przodu się nie pchałam żeby nie zagradzać drogi szybszym, ale ustawiłam się w środku tylnej grupy, ponieważ sąsiad przestrzegł mnie, że kilkadziesiąt metrów za startem droga się zwęża i wszyscy się pchają na środek.
Zaczęło się odliczanie i zanim się obejrzałam ruszyliśmy. Pierwszych kilkanaście sekund posuwaliśmy się noga za nogą. Dopiero po przekroczeniu linii startu zaczęło się luzować i można było zacząć biec. Oczywiście jak zwykle w takich sytuacjach, mój Garmin przeszedł w stan oszczędzania energii i musiałam od nowa łapać zasięg. Na szczęście po ok 100 metrach załapał i mogłam na bieżąco kontrolować dystans i tempo.
Początek był kiepski. Przez pierwszy kilometr nie czułam prawie palców u stóp. Na szczęście nie przeszkadzało to jakoś specjalnie w biegu ale uczucie odrętwienia  było dość nieprzyjemne i powodowało pewną niepewność kroku. Tym bardziej, że teren był zaskakująco nierówny. Niby park ale podłoże niesamowicie zróżnicowane. Początek komfortowy -  przyjemnie ubita ziemia, później trochę błota i bieg slalomem co by nie wpaść po kostki w czarną maź. Nagle ni stąd, ni zowąd betonowa kostka, żeby za chwilę wbiec na lekko już wydeptany trawnik a później totalnie zasypaną mokrymi liśćmi ścieżkę, z wystającymi co kilka kroków wielkimi, śliskimi kamorami. Prawdziwy przełaj z niespodziankami.
Pierwsze okrążenie pokonałam w ok 13,5 minuty. Szybko jak na mnie, choć na tle 250 innych biegaczy plasowałam się zdecydowanie w ogonie. Wzdłuż linii startu/mety moi kibice krzyczący i dopingujący najgłośniej ze wszystkich :) Super uczucie.


Na drugim okrążeniu zaczęły mi sztywnieć łydki. Miałam wrażenie, że zaraz złapie mnie potężny skurcz, który wyłączy mnie z dalszej rywalizacji. Na szczęście tak się nie stało ale musiałam nieco zwolnić tempo. Nie będę ściemniać, płuca też już nie wytrzymywały i zaczynało mi brakować tchu. Postanowiłam przez kolejny kilometr trochę odpocząć i spróbować podkręcić tempo na ostatnim odcinku.

fot. Ineska - RunningSucks.pl

Podczepiłam się pod jakiegoś starszego pana (jak zwykle tylko za takimi nadążam) i do 4 kilometra turlałam się za nim. Dało to oczywiście okazję do wyprzedzenia mnie przez kilka osób ale stwierdziłam, że wolę to, niż żeby do mety dotrzeć na noszach, bo oczywiście jak zwykle w takich sytuacjach złapała mnie mega kolka.
Na ostatnim odcinku udało mi się na szczęście wykrzesać z siebie jeszcze trochę energii i rzutem na taśmę wyprzedziłam pana w pomarańczowej koszulce, którego plecy oglądałam przez ostatnich kilkaset metrów. Czas na mecie 27.31. Życiówka poprawiona o równe pół minuty!

niedziela, 10 listopada 2013

X Światowy Dzień Biegania


9 listopada miałam okazję wziąć udział w biegu z okazji X Światowego Dnia Biegania. Były to moje pierwsze zawody z numerami, medalami i całym tylko przedstartowym zamieszaniem.
Do startu przymierzałam się kilkakrotnie. Zapisałam się, później wycofałam a potem znów zapisałam. Bałam się, że wystartują same charty ale skusiły mnie w końcu medale, które mieli wszyscy dostać. Później dopisali się też moi znajomi a na liście startowej dostrzegłam kilka nazwisk znanych mi z Parkrunu, więc poczułam się pewniej i postanowiłam pobiec ma 5 km (wg organizatorów ok 4,7 km).

Dzień rozpoczął się szaro i pochmurnie. Nie trzeba było długo czekać na pierwszy deszcz, jednak przecierające się niebo dawało nadzieję na lepszą pogodę. Rozpogodziło się, owszem, ale co kilkanaście minut a to kropiło, a to zaczynał padać rzęsisty deszcz. Zupełnie nie wiedziałam jak się ubrać bo znam siebie na tyle, że przy ok 10 stopniach w kurtce umarłabym z przegrzania jeszcze przed 1-ym kilometrem, ale z drugiej strony 5 kilometrów w mokrych ciuchach też mi się nie uśmiechało. 
W końcu założyłam koszulkę z krótkim rękawkiem, na to grubszą koszulkę z długim i awaryjnie cienką wiatrówkę, co do której miałam zadecydować przed samym startem

Organizacja biegu zakładała wydawanie pakietów startowych od 9 do 10.30. Ponieważ na start przywlec musiałam dziecko z opiekunką w postaci dziadka, do biura dotarliśmy dopiero ok 10.15. 
Wewnątrz kłębiący się tłum a na środku wykrzykująca komendy pani, kierująca wszystkich do podpisywania oświadczeń (jakby nie można było tego zrobić przy biurku odbierając pakiet). Kolejka wlokąca się w nieskończoność, która przez pierwszych 15 minut jakby nawet nie drgnęła. W pewnym momencie ludzie nie mieli się już gdzie upychać, zrobił się potworny bałagan (niektórzy jeszcze wnosili opłaty startowe, inni nie mogli znaleźć końca poskręcanej w paragraf kolejki a ja na dodatek stałam z dzieckiem, któremu groziło zadeptanie) i generalnie mnie się odechciało wszystkiego.
No ale dobra, w końcu dotarłam do stanowiska wydawania pakietów gdzie się okazało, że nie jestem zarejestrowana, choć mieli potwierdzenie opłaty startowej i numer dla mnie. Pomijam więc. Pakiet był (worek z logo klubu biegowego, napój energetyczny, bułka słodka), numer był więc ok 10.45 wreszcie mogłam wyjść z tego potwornego ścisku na świeże powietrze.


Od razu za drzwiami wpadłam na znajomych, którzy już wcześniej odebrali swoje pakiety i po chwili rozmowy poszłam zdjąć z siebie parę warstw ubrań i zdążyć się jeszcze rozgrzać przed startem.
Po wyjściu z szatni od razu zostałam zaatakowana informacją, że start został przesunięty o.... pół godziny. Świetnie.... Na zewnątrz zimno, wilgotno, ludzie już porozgrzewani a tu taka obsuwa. Założyłam więc z powrotem kurtkę (spodni już mi się nie chciało wciągać), oddałam dziecko dziadkowi i poszliśmy szukać startu (niestety organizator nie podał wcześniej trasy).
Start znalazł się dość szybko (wielu miejsc do wyboru nie było) więc stanęliśmy w tłumie żeby się ciut powyginać i z braku innych zajęć, pogadać. Po kilku minutach stwierdziłam jednak, że nie będę przed samym startem lecieć do depozytu zostawiać rzeczy i wracać na złamanie karku, więc w końcu zdjęłam grubą kurtkę, zdeponowałam worek i zostałam w samej wiatrówce rozmawiając ze znajomymi i rozgrzewając się co by nie zamarznąć na lodowatym chwilami wietrze.


Ok 11.20 organizatorzy zaczęli gromadzić biegaczy na starcie i wyglądało na to, że kolejnej obsuwy nie będzie. Pogoda się ustabilizowała, postanowiłam więc zdjąć wiatrówkę i biec w samej koszulce. Punkt 11.30 dano sygnał do startu i wreszcie ruszyliśmy.

Na tej samej trasie rywalizowali uczestnicy aż trzech dystansów - 5,10 i 15 km więc od początku było ciasno. Wąskie, leśne ścieżki spowodowały, że pierwszy kilometr był walką na łokcie. Każdy starał się zmieścić na półtorametrowej szerokości ścieżce i nie zostać przy tym w tyle. Mnie udało się dotrzeć gdzieś do środka stawki dopiero po 1,5 km i wtedy panował już względny luz (wszystkie rącze konie były już daleko z przodu). Biegło się jednak ciężko. Przede wszystkim cała trasa była zasypana mokrymi liśćmi skrywającymi nierówności terenu, wielkie plamy błota i wystające korzenie, dzięki którym kilka razy o mały włos nie wywinęłam orła (niestety moje Brooksy są butami zdecydowanie anty-trailowymi). Samo kontrolowanie każdego kroku i gotowość na niespodzianki kryjące się pod liśćmi powodowała, że byłam wyjątkowo spięta i czułam, że tracę dużo energii. Do tego podbiegi i zbiegi czyli coś, czego biegając po osiedlu i parku, nie mam na co dzień i nie jestem przyzwyczajona do wysiłku takiego rodzaju.

fot. Klub Biegacza Arturówek Łódź.

Zerkając na zegarek stwierdziłam, że biegnę nieco wolniej niż na Parkrunach. Nic jednak dziwnego biorąc pod uwagę specyfikę trasy i rodzaj terenu. Ok. trzeciego kilometra podczepiłam się pod dwóch starszych panów, którzy biegli przede mną mniej więcej tym samym tempem i nie patrząc już na zegarek postanowiłam po prostu utrzymać ich rytm i skupić się na równym biegu. Nie było to jednak łatwe, bo chwilę później złapała mnie w płucach dość silna kolka, która przy każdym wydechu zatykała mnie z bólu.
W końcu minęliśmy kartkę z napisem "4km", panowie nieco zwolnili więc ich wyprzedziłam. Mając w głowie, że trasa ma jeszcze tylko ok 700 metrów chciałam utrzymać aż do samej mety nieco szybsze tempo. 
Biegłam i biegłam aż dobiegłam do kartki "5 km", a tu wokół las, las i las a mety ani widu, ani słychu. W tym momencie zaczęłam słabnąć, kolka już mi naprawdę dokuczała a ja nie wiedząc gdzie ta meta w końcu jest, po prostu zwolniłam żeby nie paść na twarz.

Ineska - RunningSucks.pl

Moją słabość wykorzystał najpierw starszy pan, później dwie kobiety, które wyprzedziłam 2 kilometry wcześniej a na koniec jeszcze ze dwóch biegaczy. Ponieważ jednak każdy z nich mógł biec inny dystans nie spinałam się żeby z nimi walczyć a w głowie miałam już tylko myśl, żeby ten bieg się wreszcie skończył. 
Wreszcie ujrzałam przed sobą zbieg do mety i usłyszałam głos spikerki, że wbiega piąta kobieta. Cholera, gdyby nie to, że źle rozłożyłam siły mogłam być trzecia! Te dwie, które mnie minęły na ostatnich kilkuset metrach dzieliły mnie od podium!
W końcu dotarłam do finiszu z oficjalnym czasem 00:29:28 jako 30 w klasyfikacji generalnej i piąta z kobiet. Na mecie byłam nieco oszołomiona. Ktoś zawiesił mi na szyi medal (czyt. kawał plastikowej karty na taśmie), ktoś inny zabrał numer startowy (który notabene miał służyć do odbioru depozytu oznaczonego tymże numerem) a jeszcze inna osoba wcisnęła mi w rękę czekoladę opakowaną w kartonik reklamujący klub biegowy organizatorów.
Straszliwie zmęczona, łapiąc oddech i chłodząc się pysznie smakującą, zimną wodą, postanowiłam jeszcze poczekać na znajomych, którzy na metę przybiegli 5 minut później i razem poszliśmy szukać naszych depozytów (na szczęście kolega trzeźwo myśląc znalazł nasze numery zerkając w telefonie na listę startową zamieszczoną w internecie, bo przecież wszystkim zabrali numery od razu na mecie) więc rzeczy odzyskaliśmy bez przetrząsania setki podobnych worków.



Sama nie wiem czy było fajnie, czy nie. Dziś po przeanalizowaniu wyników myślę, że nienajgorzej. Wg mojego Garmina zrobiłam życiówkę na 5 km (moje 5, nie ich). Całą trasę, która wg wskazań mojego zegarka mierzyła jakieś 5,5 kilometra pokonałam w w niecałe 29,5 minuty co daje mi jakieś 27 minut z hakiem na 5 km. Takiego wyniku nie osiągnęłam nigdy na asfalcie a tu teren był zdecydowanie trudniejszy. 
Najwięcej zastrzeżeń mam do organizacji. Opóźnienie, źle wymierzona trasa i kiepsko rozplanowane wydawanie pakietów. No, ale rozumiem, że były to zawody jednak półprofesjonalne więc nie będę się niedoróbek czepiać. Najważniejsze że dobiegłam :)


poniedziałek, 4 listopada 2013

Biegałam z Mistrzem czyli Parkrun z Janem Morawcem

Łódzki Parkrun nie jest ani najstarszy, ani najbardziej liczny, ani chyba nawet najszybszy. Za to na pewno żadna inna lokalizacja w Polsce nie może poszczycić się tak bezprecedensowym wydarzeniem, jakiego byłam zarówno świadkiem, jak i uczestnikiem w ostatnią sobotę w Parku Poniatowskiego.

Gościem specjalnym 71 Parkrun Łódź był Jan Morawiec, 81-letni biegacz, wielokrotny maratończyk (ma za sobą już ok 120 maratonów), wielokrotny medalista mistrzostw Polski. Parkrunowicz, który 27 października 2013 w Porto Alegre w Brazylii zdobył mistrzostwo świata weteranów w maratonie w kategorii M80.

Pan Jan, bez specjalnej aklimatyzacji, po wielogodzinnej podróży, przy różnicy czasu, temperatury i wilgotności, pokonał królewski dystans w czasie 4:04:38 i zdobył złoty medal! A dokonał tego na trasie zupełnie pozbawionej punktów odżywczych, w butach za kilkadziesiąt złotych....
O jego sukcesie przesądził wielki talent, ogrom pracy oraz wsparcie wspaniałego trenera (również parkrunowicza) Ryszarda Goszczyńskiego.

Organizatorzy Parkrun zadbali o stosowne powitanie mistrza – był piękny bukiet czerwonych goździków, gratulacje i inicjatywa, aby pierwsze 200 metrów naszego 5km dystansu pobiec za Panem Janem. Jednak parkrunowicze poszli o krok dalej. Na rzucony przez kogoś pomysł, aby nie 200 ale całe 5000 metrów pobiec z naszym mistrzem, wszyscy* zareagowali entuzjastycznie i zdecydowaliśmy, że tego dnia się nie ścigamy.

Nie jestem w stanie opisać słowami atmosfery tego biegu. Na czele Pan Jan, ramię w ramię ze swoim trenerem, wnuczką i prawnukiem, a za nimi ponad 160 lepszych i gorszych biegaczy, z których niejeden z pewnością mógłby w tym tempie pokonać cały dystans tyłem i na jednej nodze. A jednak biegliśmy razem, bez wyrywania się do przodu, narzekania i komentarzy. Wszyscy zjednoczeni szacunkiem i chęcią choć tak symbolicznego uhonorowania naszego mistrza.

 źródło: Polska Dziennik Łódzki, fot. Krzysztof Szymczak

Ostatnie sto metrów Pan Jan pokonał wśród burzy spontanicznych oklasków, jakie zgotowali mu biegnący za nim uczestnicy. Była to chyba najbardziej wzruszająca chwila całego biegu. Ten kruchy, skromny osiemdziesięciolatek przekraczający linię mety wśród wiwatującego tłumu ludzi, którzy postanowili uczcić międzynarodowe zwycięstwo seniora rodu łódzkich biegaczy. Pan Jan z czasem 28.54 a za nim ponad 130 biegaczy ex-aequo z czasem 28.55 (dla ścisłości, dla Pana Jana było to tempo rekreacyjne).
Bezcenne.




*Drobnym drukiem, bo nie zasługuje to na więcej miejsca, dodam, że Pan Jan niestety nie dobiegł do mety jako pierwszy. Oficjalnie zwyciężył mistrz biegowej taktyki i król łódzkiego Parkrunu, którego z nazwiska nie wymienię (bo nie warto), choć polecam szanownym czytelnikom zapoznanie się z personaliami tego biegowego stratega  wszechczasów.

Jako jeden z nielicznych (aczkolwiek jedyny który postanowił oficjalnie przekroczyć linię mety), wyrwał się po pierwszym okrążeniu do przodu wyprzedzając pana Jana oraz 170 innych parkrunowiczów i dotarł do mety jako, pożal się Boże, zwycięzca.

Pogratulujmy temu biegowemu nonkonformiście. Nie każdy zdobyłby się na odwagę zwycięstwa w tak żenującym stylu. Uzyskany czas niewiarygodnych 25 minut i 57 sekund z pewnością przejdzie do annałów biegowej historii. Życzę wielu dalszych, równie spektakularnych sukcesów….

piątek, 11 października 2013

Jeśli nie Brooksy to co?

Nadchodzi zima i nie potrzeba ani wielkiej wyobraźni, ani odległego sięgania pamięcią wstecz, żeby wiedzieć, że za jakieś 2 miesiące będziemy na treningach brnąć po kostki w śniegowej brei. Jako, że szkoda mi moich Cadence'ów na permanentne maczanie ich w śniegu i soli, zaczęłam rozglądać się za zimowym zamiennikiem.

Przyznam, że niełatwo mnie w tym względzie zaspokoić. Moje Cadence'y strasznie mnie rozpieściły - są wygodne, mają mały drop i na dodatek są po prostu śliczne. Niestety to co jest zaletą latem, niekoniecznie sprawdzi się zimą. Potrzebuję więc czegoś z mniej przepuszczalną cholewką i bardziej agresywnym bieżnikiem, jako że zimą biegam nie tylko po śniegu ale i po lesie. 
Przejrzałam już chyba wszystko co jest dostępne w sklepach internetowych i na nic nie potrafię się zdecydować. A to za toporne, a to za drogie, gdzie indziej znowu wizualnie zupełnie nie moja bajka. Zaczęłam zerkać w stronę butów terenowych, ale i tu nie potrafię znaleźć nic, co odpowiadałoby moim potrzebom w 100%.

Najbliżej zbliżone moim wymaganiom są Brooksy Pure Grit, której to linii najchętniej pozostałabym wierna:

http://www.ergo-sklep.pl

To ta sama seria, co moje Cadence'y. Jestem przekonana, że byłyby cudownie wygodne. Niestety to są buty na lato. Na śniegu i błocie miałabym non stop mokre nogi a to jednak żadna przyjemność. Poza tym w recenzjach jednak odradzają je na sezon zimowy właśnie ze względu na zbytnią przepuszczalność.

Kolejne spojrzenie skierowałam ku Salomonom XR Mission W


http://sopaz.ru



Ich charakterystyka bardzo mi odpowiada. Dzięki nie aż tak bardzo agresywnemu bieżnikowi, jak w innych modelach tej firmy, nadają się na mieszany teren, w jakim zazwyczaj się poruszam. Wizualnie również spełniają moje oczekiwania. Mają jednak dwie olbrzymie wady - cenę i drop aż 11 mm.
O ile cenę jeszcze byłabym w stanie (ledwo) przełknąć, to zastanawiam się czy jest sens po pół roku w butach z dropem 5 mm przesiadać się z powrotem na tego typu żelazka. To byłby w pewnym sensie regres a ja przy mojej wadze nie potrzebuję aż takiej amortyzacji.
Z drugiej strony, nie jestem aż taką wyjadaczką, żeby odczuwać jakąś niewiarygodną różnicę w butach z większym i mniejszym dropem. Tysiące ludzi w takich biegają i są zadowoleni. W końcu buty mają być po prostu wygodnie bez oglądania się na ideologię. Szkoda, że ostatnim razem zapomniałam zapytać o to mojego rehabilitanta....
Jednak wysoka cena w połączeniu z nie całkiem przekonującą mnie masą amortyzującą, ustawiają ten model raczej na końcu kolejki, choć nie przeczę, że spoglądam na niego tęsknym okiem.

Coś bardziej zgodnego z moimi wymaganiami prezentują Salomony Sense Mantra


Mają niewielki drop i bieżnik taki, jak w XR Mission. Jednak cena niemal 500 zł przy powalająco nieciekawej kolorystyce, skutecznie mnie do tych butów zniechęca. Niemniej pod względem charakterystyki byłby to pewnie najbardziej trafiony model.

Mój ostatni kandydat z bieganiem terenowym ma niewiele wspólnego

http://www.striderite.com
Saucony Kinvara 3 to buty do biegania naturalnego, mające bardzo dobre opinie w środowisku biegaczy. Są lekkie, szybkie a ich papuzia stylistyka idealnie pasuje do mojego upodobania do neonowych kolorów.
Obawiam się jednak, że mimo tej lekko plastikowej powłoki, dającej wrażenie solidności, są to buty delikatne, zbliżone charakterystyką do Brooksów Pure. Bieżnik może nie poradzić sobie ze śniegiem i błotem a cholewka nie wygląda na tyle mocno, żeby zaufać jej w trudnych warunkach. W recenzjach, podobnie jak Pure Grity, raczej odradzają je na zimę.
Zachęca cena, bo jest znacznie niższa, niż poprzedników. Poza tym, w razie czego byłby to świetny zamiennik dla moich Brooksów w sezonie wiosna-lato. Tyle, że istnieje ogromne ryzyko, że nie spełnią podstawowego warunku, bo nie są to buty na zimę, błoto i śnieg a przecież właśnie na takie okoliczności przyrody potrzebuję obuwia.

Tak naprawdę potrzebuję Brooksów Pure z trochę mniej przepuszczalną cholewką. Nie wiem jak to możliwe, że Brooks nie wyprodukował jeszcze nawet jednego modelu z tej linii, który poradziłby sobie w trudniejszych warunkach pogodowych. Mam wrażenie, że zanim się zdecyduję mogą się pojawić pierwsze bociany....

niedziela, 6 października 2013

Od czego by tu zacząć?

Może od tego, że 18 września wróciłam do biegania.
Nie, nie wyleczyłam kolana. Raczej testuję kolejną diagnozę, kolejnego rehabilitanta. Facet gada do rzeczy i jako pierwszy obejrzał mnie od kolana w górę, a nie tylko w dół. Podobno problem z kolanem wynika z krzywego kręgosłupa i nie wdając się w szczegóły, wszystko co usłyszałam miało sens. Następnego dnia po diagnozie miałam przykaz powrotu do biegania, z czego z radością skorzystałam.
Aktualne moje leczenie polega na bieganiu z potrójną wkładką w bucie a we wtorek idę na dalsze oględziny i zastanawiamy się co dalej. Kolano pobolewa ale na szczęście nie w trakcie biegania.

Za to pojawiły się problemy z kolkami. Nie mogę nawet szybciej chodzić a przy bieganiu dosłownie mnie te kolki zabijają. Muszę dopytać, czy to efekt roztrenowania, leczenia czy coś zupełnie niezależnego.

Niestety ze względu na przerwę musiałam odpuścić dzisiejsze Biegnij Warszawo. Trochę szkoda mi kasy, jak i szansy na start w dużej imprezie, ale pakiet startowy odebrałam i chociaż nacieszę się fajną koszulką. Tegoroczna wyjątkowo mi się podoba :) Może innym razem (i to niekoniecznie za rok).


A najważniejsza sprawa, to wreszcie się przełamałam i przebiegłam mityczne 10 km. Było to naprawdę głupie biorąc pod uwagę ponad dwumiesięczną przerwę w bieganiu, ale mam to za sobą i wiem na co mnie stać. Otóż na ten dystans zupełnie nie jestem gotowa. Do hipotetycznej mety doczołgałam się po 1 godzinie i 18 minutach. Porażka... A cały dystans 12,26 km zajął mi 1 godzinę i 36 minut przy czym kolejne 2 km pozostałe do domu szłam, bo ledwo powłóczyłam nogami. No cóż, głupich nie sieją a ja poza sprawdzeniem swoich możliwości mam tez nauczkę, że co za dużo, to niezdrowo. 3 dni po tym wyczynie dochodziłam do siebie bo tak bolały mnie kolana, że nie mogłam zginać nóg. I tyle na temat.

Kolejne miesiące przeznaczam na powrót do formy i mam nadzieję, że do mojej biegowej rocznicy 31 grudnia, którą planuję uczcić startem w Biegu Sylwestrowym (10 km......), będę już w pełni sił i dam radę doczołgać się do mety w okolicach godziny.